Mam problem z pierwszym zdaniem, zupełnie jak Szymborska (z
tą różnicą, że u Niej potem już szło gładko, a ja nie gwarantuję, że wyjdzie mi
drugie, trzecie, a nawet piętnaste). Założyłam tego bloga z trzech powodów:
1) jeśli się myśli o tzw. karierze dziennikarskiej, to miło
byłoby potrafić nadać swoim poglądom uporządkowaną formę (albo ok, po prostu "jakąś"
formę - uporządkowana i tak nie będzie, w końcu to mój blog)
2) mały kawałeczek blogosfery podpisała swoim nazwiskiem
moja Przyjaciółka - istnieje więc szansa, że będziemy wzajemnie się motywować
do regularnych publikacji (przy okazji: http://paznokciempoklawiaturze.blogspot.com/
- polecam!)
3) przeważyła moja osobista sprawa ambicjonalna, ale
o niej nic więcej Wam nie powiem.
Zaczęłam mocno, od liczebników, czym być może stworzyłam pozory,
że mam plan na tę notkę. No to teraz pierwsze rozczarowanie - plan takowy nie
istnieje i nie będzie go nigdy. Plany nie
są moją mocną stroną (rozpoczynając od planu zajęć na studiach, poprzez plany
wakacyjnych wyjazdów aż po szeroko pojęte plany na ułożenie sobie życia) i albo
robię coś pod wpływem chwili i emocji, albo nie robię tego wcale, przy czym opcja
druga pojawia się znacznie częściej, niż bym sobie życzyła.
Ale ad rem (które wraz z biegiem moich nerwowych rąk po
klawiaturze przekształci się w "ex rem"). Obejrzałam dziś odcinek
trywialnego serialu (nie podam tytułu, bo to obciach), w którym paląca bohaterka
X z racji tego, że jest uwikłana w relację emocjonalno-seksualną z niepalącym bohaterem
Y, postanawia z tego palenia zrezygnować. Niby normalna sprawa, powiecie. W
końcu palenie tytoniu powoduje raka i choroby serca, impotencję, rozedmę płuc
oraz pustki w portfelu. To bardzo ładne i słuszne, że bohater Y się troszczy.
Tylko, że bohaterka X jest dorosła i zdolna do podejmowania samodzielnych
decyzji, a także ponoszenia ich konsekwencji. Doskonale wie, jak palenie działa
na organizm i jeśli dalej to robi, to dlatego, że to sprawia jej przyjemność/pomaga
rozładować nerwy/cokolwiek. Więc jeśli rzuci, to nie z troski o zdrowie, ale w
imię miłości (albo "miłości"). Czy to ma sens?
Spotykałam się kiedyś z facetem, na którym cholernie mi
zależało. Powiedział mi, że całowanie palaczki jest, hmm... średnie. Tylko
tyle. Natychmiast bohatersko rzuciłam. Ucieszył się, choć wrodzona duma
zakazała mi wspomnieć, że robię to dla niego. Wolałam, by sądził, że sama
dojrzałam do tego kroku. Udało mi się wytrzymać całe piekielnie długie 48
godzin (2880 minut, 172800 sekund - uwierzcie, liczyłam). Kiedy obsesyjnie
głodna rzuciłam się w końcu na elemy linki forłordy, nie skomentował tego nawet
słowem i to było fajne. Spotykałam się też z innym, który gardził moim nałogiem
jawnie, na co drugiej randce raczył mnie pogadankami naukowymi i żądał, bym z
tym skończyła. Sam "nigdy nie miał tego świństwa w ustach" i nie
rozumiał "jak można twierdzić, że to komukolwiek zaimponuje". Nigdy
nie sądziłam, że imponuje. Palę od lat, dawno za sobą mam etap gimnazjum, gdzie
w ten sposób chciało się zamanifestować swoją "dorosłość". Dla tego
faceta nigdy nie próbowałam rzucić i to nie dlatego, że nie był dla mnie ważny.
Chodziło jedynie o formę wywierania nacisku.
Jeżeli wchodzimy w związek, to godzimy się na
współegzystowanie z zupełnie odrębną jednostką, która ma swoje przyzwyczajenia,
słabości, wady. Część z nich może nas nieziemsko irytować i to jest normalne,
ale nie zmienia faktu, że one budują jej tożsamość. Papierosy, kawa, samotne
spontaniczne wyjazdy, spanie do południa są ze mną od zawsze. Definiują mnie,
cieszą i to się nie zmieni bez względu na to, co moi bliscy o tym sądzą. Jeżeli
ktoś chce się do mnie zbliżyć, musi zaakceptować mnie w całości, poznać
hierarchię moich wartości, a dopiero potem opowiedzieć mi o swojej i poszukać
płaszczyzny porozumienia. Odpowiednia komunikacja to nie stawianie sobie żądań.
Bo jakim prawem może mnie do czegoś zmuszać osoba, która co prawda wdrapała się
w moim życiu na wysoką pozycję, ale nie ma żadnej gwarancji, że na niej
pozostanie? Dlaczego mam poświęcać dla "widzimisię" partnera coś, co
jest dla mnie ważne? Papierosy są tu oczywiście tylko przykładem, o tyle fajnym, że obiektywnie
są złe. Bo każdy z nas może sobie nawet szkodzić, jeśli ma na to ochotę i
przestać w momencie, gdy sam poczuje taką potrzebę (albo nie przestawać). Warunkiem jest tylko to, by nie szkodzić innym (czyt. nie narażać na bierne palenie swojego partnera, tylko wyjść sobie kulturalnie na korytarz). Nie namawiam,
by nigdy nie chodzić na kompromisy, bo wiadomo, że jest to konieczne. Ale
najpierw sprawdźmy, w których kwestiach ten kompromis jest możliwy i jeśli
żądamy od swojej połówki, by się zmieniła, to wytłumaczmy jej dlaczego. Ciągłe
krytykowanie może tylko obudzić w niej przekorę (potwierdzone info - nigdy nie
paliłam aż tyle, co podczas związku z Drugim Panem!)
Niektórzy mówią mi, że obsesyjnie cenię sobie niezależność i
że to złe. Być może, ale nie lubię, jeśli ktoś układa w moim życiu swoje
zabawki, spychając z półek te, które wcześniej tam stały. To, że z kimś jestem,
nie czyni ze mnie automatycznie stuprocentowej projekcji jego pragnień. Jeśli
wady partnera przeszkadzają aż tak bardzo, to raczej należy poszukać innego, bo
nie można wymagać od niego poświęcenia przez całe życie. Może w fazie
zauroczenia i galopujących motyli w żołądku patrzymy na to inaczej. "Nie
chce, żebym paliła? Doooobrze, i tak miałam rzucić. Nie chce, bym wychodziła
bez niego wieczorami? Żaden problem, w końcu uwielbiam spędzać czas tylko z
nim. Wkurza się, bo mam facetów za przyjaciół? Ok, ograniczę spotkania z nimi,
pewnie zrozumieją. Nie lubi jak samotnie wyjeżdżam na weekend? No trudno, przeboleję,
przecież poza tym jest taki kochany i taki super, i ma tyle zalet, że mogę to
dla niego zrobić". A potem nagle budzisz się i już nie wiesz kim jesteś,
bo zostałeś(aś) ulepiony(a) na obraz i podobieństwo cudzych potrzeb. Zachowujmy
kręgosłup! Nie bójmy się od początku pokazywać tego, jacy jesteśmy i określać,
czego na pewno nie zmienimy (no chyba, że lubimy być amebami bez charakteru). To
jest zdecydowanie bardziej uczciwe, bo zaręczam, że przyjdzie kiedyś taki
moment, że będziemy mieć dosyć ustępstw i wybuchniemy, za co spotka nas "szok
i niedowierzanie" w oczach naszego faceta/kobiety.
Uściślijmy więc. Racjonalny kompromis - owszem. Ale rezygnowanie
z siebie tylko w imię miłości do partnera to taka trochę przegrana i im
wcześniej to zrozumiecie, tym lepiej dla bohaterki X, bohatera Y i przestrzeni
Z, którą chcą razem zbudować.
PS. Uwagi te wygłosiła singielka, po czym poszła na
papierosa.