środa, 30 grudnia 2015

Trzeci

Czy można winić kogoś za to, że przegrywa swoje życie?
Przecież wszyscy chcemy być śliczni i bogaci, chodzić na bankiety i upijać się tequilą, pachnieć Calvinem Kleinem i stukać o chodnik Gino Rossi. Mieć wielu ślicznych i bogatych znajomych i niewielu - ale prawdziwych - przyjaciół, którym moglibyśmy pokazać się nawet w porozciąganej pidżamie i z zapuchniętymi oczami. Pracować w zawodzie zgodnym z wykształceniem i marzeniami, chodzić na długie spacery z żoną/mężem i pulchnym berbeciem w wózeczku. Eksplorować urlopowo najdalsze krainy. Od rodziców zawsze słyszeć, że są z nas dumni. A potem spać na perkalowych poduszkach dlatego, że jesteśmy zmęczeni fizycznie, a nie egzystencjalnie. Cóż mamy zamiast tego? Galopujący nihilizm, trwonienie czasu przed ekranami komputera, seks raz na dwa tygodnie i piwo z dyskontu po odgrzewanej kolacji. Więc czy można nas za to winić? Odpowiedź będzie zwięzła i stanowcza.
Można.
Nie jest to post o "chcieć to móc" ani tym bardziej o "w Nowym Roku zmieniam swoje życie". Zastanawiam się tylko, co musi się wydarzyć, by wystarczająco nami wstrząsnąć, by nas zmobilizować na dłużej niż dwa dni i ustawić wreszcie na tej ścieżce, którą chcemy iść (albo wlec się, czołgać - na początku dobre i to).
Ja znalazłam się bardzo blisko swego prywatnego dna w pewien piękny słoneczny czerwcowy dzień (nie pytajcie dlaczego). Mogłam tam zostać, skąpana we łzach, co było opcją niebezpiecznie kuszącą, ale mogłam także wstać, podnieść głowę i spróbować żyć spektakularnie - choćby z przekory. Wybrałam drugi wariant i wiecie co? W ogóle nie było trudno. Przestałam się bać wyzwań, bo uświadomiłam sobie, że życie i tak już mocno trzasnęło mnie w łeb i odebrało coś, co uważałam za najważniejsze. Cała reszta przy tym jest malutka, każde niepowodzenie z tej perspektywy to tylko drobiazg, a z drobiazgami łatwo sobie poradzić. Może to motywacja trochę przykra, ale w dalszym ciągu działa. W te wakacje zrobiłam kilka rzeczy, na które wcześniej brakowało mi siły i odwagi. Kilka, nie kilkaset. Wciąż daleka jestem od spełnienia swoich marzeń, ale ostatnio nawet w głowie zaczęłam o nich mówić "plany". Nie odbyłam podróży życia, nie wydałam książki, nie znalazłam genialnej pracy. Ale wysupłałam z tej mgły, która mnie otaczała to, czego naprawdę chcę, a stokroć łatwiej jest starać się o coś, co potrafi się nazwać i zdefiniować. Pierwszy raz od dawna wiem, że idę w dobrą stronę i chociaż to droga w szpilkach przez kocie łby, to całkiem mi się podoba. Będę upadać i zdzierać kolana, już tego doświadczyłam kilka razy, ale wobec tamtego czerwcowego bólu to tylko dziecinne igraszki.
Nie życzę nikomu motywacji takiej jak moja, ale sama z perspektywy czasu cieszę się, że mnie to spotkało. Bo przestałam się godzić na swój status quo. Wcześniej też podejmowałam próby, obwieszczałam wszystkim wokół, że teraz już wszystko będzie inne (czyt. lepsze), ja będę inna (czyt. lepsza), krasnoludki istnieją, a słonko, kurwa, jaśnieje. No i jaśniało, maksymalnie przez tydzień. A ja szybciutko godziłam się z porażką, bo tak mi było wygodnie i wiodłam żywot szarego człowieczka aż do następnego "przełomu". I tu właśnie jest klucz wszechwiedzy - nie można się z tym godzić, nigdy przenigdy, bo to jest równoznaczne z samoogłuszeniem. Porażka musi nas boleć, uwierać, wkurwiać. Jeśli przestanie robić na nas wrażenie, stanie się czymś normalnym, po niej przyjdzie druga i piętnasta, aż w końcu zżyjemy się z nią, wtłoczymy w schemat, POLUBIMY. Porażka nie jest akceptowalna. To zjawisko, które ma nas czegoś nauczyć, a potem dać kopa i posłać dalej. I nieważne, że niewygodnie, zimno, brzydko i ponuro. Tak właśnie musi być, bo wygoda jest nudna, a nuda nie jest twórcza. I znów - nikt nie wymaga od nas cudu, zmiany z dnia na dzień, olśnienia, objawienia, rewolty. Poszukajmy tylko "tego czegoś", co nam przywróci perspektywę. Co będzie świeże i szokujące. A potem dbajmy, by się do tego nie przyzwyczaić, nie przyjąć jako normę, bo każde przyzwyczajenie zabija ambicję, kreatywność i radość z tego, co się robi.
W ramach puenty Muniek Staszczyk (cytat podesłany mi przez pewnego mądrego faceta w pewnym ważnym dla mnie etapie życia):
"Każda rewolucja
Jest dobra tylko na początku drogi
Bo potem wszystko zamienia się w system
I są potrzebne rewolucje nowe".

Uciekajmy od systemu najdalej, jak się da i niechże ma to wydźwięk nie tylko anarchistyczny.

niedziela, 1 listopada 2015

Drugi

     Nie lubię słońca pierwszego listopada. Może dlatego, że wtedy na cmentarzach jest więcej ludzi, wypełzają ze swoich nor, tachają przerośnięte wieńce i znicze. Prezentują nowe jesionki i kapelusze. Spotykają się z rodziną, całują po uróżowanych policzkach, klepią po plecach, wymieniają porcjami niusów nad grobem ciotki. W typowy listopadowy dzień odgradza mnie od nich zasłona z deszczu i mgły, mogę udawać, że nie widzę, ale w pełnym słońcu to jest nie do wytrzymania, serio, bo tym bardziej wybrzmiewa sztucznością. Nasze cmentarze niebezpiecznie przypominają jarmarki i to nie tylko dlatego, że przy bramie można zakupić watę cukrową/obwarzanki/balonik. Jarmarczna jest przede wszystkim mentalność tych wszystkich person z okolicznościowym frasunkiem w oku, który szybko ustępuje miejsca iskierce podekscytowania, bo szwagier Janiny znowu pije, tamta młoda nauczycielka jest w piątym miesiącu a ojciec nieznany, Władek ma nawrót raka, dziwne, w ogóle tego po nim nie widać, taki rześki był tydzień temu w kościele przecież, ale naprawdę ma, Mariola mi mówiła.
     Nie lubię słońca pierwszego listopada, bo trudniej się wtedy zamyślić nad tym, po co naprawdę tu jesteśmy. Słońce rozprasza, słońce jest optymistyczne, słońce daje złudną nadzieję, że jesteśmy nieśmiertelni.
     Nie lubię pierwszego listopada nawet w deszczu, bo trudno mi przywołać w sobie refleksję na zawołanie, dlatego że tak wskazuje kalendarz. Ja z moimi Zmarłymi rozmawiam częściej - kiedy chcę się podzielić czymś ważnym, co mi się ostatnio wydarzyło; kiedy przypomni mi się jakaś piosenka, którą śpiewała mi Babcia; kiedy mam ochotę odciąć się od żywych, bo akurat nieziemsko mnie denerwują; kiedy zwyczajnie i po ludzku tęsknię, jest mi smutno i nie umiem dłużej pojedynkować się z szarością. Kto mnie dobrze zna, ten wie, że cmentarze odwiedzam częściej niż znajomych. To takie małe wysepki, gdzie łatwiej jest znaleźć ciszę, a myśli swobodniej przepływają po wyludnionych alejkach. Tak jest niemal codziennie, poza pierwszym listopada.
     Dla mnie ten dzień to taka parada niezręczności. Stoisz przy grobach osób, z którymi najchętniej zostałbyś sam na sam, ale zamiast tego musisz raportować swe życiowe osiągnięcia wujowi i ciotce, co do których nawet nie jesteś pewien czy to rodzina, bo ostatnio ich widziałeś na pogrzebie kuzyna Zdzicha, ale tylko z daleka. W zamian za to dowiesz się, że Twoja siostra jest znacznie bardziej udanym dzieckiem, bo i pracę ma i zaręczyła się z bardzo przyzwoitym człowiekiem. Na deser jeszcze praktyczna wskazówka, że chryzantemy przy wejściu po lewo są tańsze niż te w głębi, a wcale nie mniejsze.
Istnieje też opcja (mocno eksploatowana u mnie w tym roku) pełnej napięcia ciszy, kiedy Zmarły skupia obok siebie żyjących, którzy, eufemistycznie, nie przepadają za sobą. Wtedy każdy w skupieniu świdruje wzrokiem kamienie na cmentarnej alejce, własne buty, tudzież nienaturalnie skręca kark, unikając cudzych spojrzeń. Milczenie jest zaiste grobowe, ale tylko naiwny dopatrzy się pod nim autentycznej zadumy wywołanej smutnym dniem - to raczej wyraz pogardy wobec wokół zgromadzonych, niewerbalny komunikat, że nie są tu mile widziani. Jeśli ktoś w takiej atmosferze jest w stanie szczerze i od serca pogadać ze swoim Zmarłym to ja mu szczerze i od serca gratuluję.
     Trochę lubię zmierzch pierwszego listopada, bo przegania część "zatroskanych" do domów, w myśl zasady: odbębniłem, wszyscy mnie widzieli. Wtedy na cmentarzu zostają ci, którzy wolą cicho, bez poklasku, trochę anonimowo po prostu poodczuwać. Wtedy pójdę tam ja, rezygnując z makijażu i butów na obcasie, nie wstydząc się łez i przez chwilę rozumiejąc, o co w tym chodzi tak naprawdę.
A później obejrzę po raz dwunasty film "Wszyscy święci" i po raz dwunasty się nim wzruszę, choć znam na pamięć niemal każdy dialog. A jeszcze później usiądę z garstką bliskich mi osób przy zbyt szerokim już dla nas stole i wypiję za pamięć Tych, których nie ma, a tak bardzo bardzo powinni być.


Zardzewiały pąk róży, fiołek purpurowy,
Ziarna maku z uciętej, niegdyś szumnej głowy,
Liść zatrzymany w biegu
I płaczu pokusę
Zalejmy jak łza czystym, mocnym spirytusem.
Jeszcze garść pocałunków -
Zwarzonych jarzębin,
I niech butlę na słońcu wiatr jesienny ziębi,
Byśmy mieli na tydzień krzyżami pocięty
"Zaduszkówkę",
Bo innej nie widzę pociechy...

(M.Pawlikowska-Jasnorzewska) 

piątek, 16 października 2015

Pierwszy



     Mam problem z pierwszym zdaniem, zupełnie jak Szymborska (z tą różnicą, że u Niej potem już szło gładko, a ja nie gwarantuję, że wyjdzie mi drugie, trzecie, a nawet piętnaste). Założyłam tego bloga z trzech powodów:
1) jeśli się myśli o tzw. karierze dziennikarskiej, to miło byłoby potrafić nadać swoim poglądom uporządkowaną formę (albo ok, po prostu "jakąś" formę - uporządkowana i tak nie będzie, w końcu to mój blog)
2) mały kawałeczek blogosfery podpisała swoim nazwiskiem moja Przyjaciółka - istnieje więc szansa, że będziemy wzajemnie się motywować do regularnych publikacji (przy okazji: http://paznokciempoklawiaturze.blogspot.com/ - polecam!)
3) przeważyła moja osobista sprawa ambicjonalna, ale o niej nic więcej Wam nie powiem.
Zaczęłam mocno, od liczebników, czym być może stworzyłam pozory, że mam plan na tę notkę. No to teraz pierwsze rozczarowanie - plan takowy nie istnieje i nie będzie go nigdy. Plany nie są moją mocną stroną (rozpoczynając od planu zajęć na studiach, poprzez plany wakacyjnych wyjazdów aż po szeroko pojęte plany na ułożenie sobie życia) i albo robię coś pod wpływem chwili i emocji, albo nie robię tego wcale, przy czym opcja druga pojawia się znacznie częściej, niż bym sobie życzyła.
     Ale ad rem (które wraz z biegiem moich nerwowych rąk po klawiaturze przekształci się w "ex rem"). Obejrzałam dziś odcinek trywialnego serialu (nie podam tytułu, bo to obciach), w którym paląca bohaterka X z racji tego, że jest uwikłana w relację emocjonalno-seksualną z niepalącym bohaterem Y, postanawia z tego palenia zrezygnować. Niby normalna sprawa, powiecie. W końcu palenie tytoniu powoduje raka i choroby serca, impotencję, rozedmę płuc oraz pustki w portfelu. To bardzo ładne i słuszne, że bohater Y się troszczy. Tylko, że bohaterka X jest dorosła i zdolna do podejmowania samodzielnych decyzji, a także ponoszenia ich konsekwencji. Doskonale wie, jak palenie działa na organizm i jeśli dalej to robi, to dlatego, że to sprawia jej przyjemność/pomaga rozładować nerwy/cokolwiek. Więc jeśli rzuci, to nie z troski o zdrowie, ale w imię miłości (albo "miłości"). Czy to ma sens?
Spotykałam się kiedyś z facetem, na którym cholernie mi zależało. Powiedział mi, że całowanie palaczki jest, hmm... średnie. Tylko tyle. Natychmiast bohatersko rzuciłam. Ucieszył się, choć wrodzona duma zakazała mi wspomnieć, że robię to dla niego. Wolałam, by sądził, że sama dojrzałam do tego kroku. Udało mi się wytrzymać całe piekielnie długie 48 godzin (2880 minut, 172800 sekund - uwierzcie, liczyłam). Kiedy obsesyjnie głodna rzuciłam się w końcu na elemy linki forłordy, nie skomentował tego nawet słowem i to było fajne. Spotykałam się też z innym, który gardził moim nałogiem jawnie, na co drugiej randce raczył mnie pogadankami naukowymi i żądał, bym z tym skończyła. Sam "nigdy nie miał tego świństwa w ustach" i nie rozumiał "jak można twierdzić, że to komukolwiek zaimponuje". Nigdy nie sądziłam, że imponuje. Palę od lat, dawno za sobą mam etap gimnazjum, gdzie w ten sposób chciało się zamanifestować swoją "dorosłość". Dla tego faceta nigdy nie próbowałam rzucić i to nie dlatego, że nie był dla mnie ważny. Chodziło jedynie o formę wywierania nacisku.
     Jeżeli wchodzimy w związek, to godzimy się na współegzystowanie z zupełnie odrębną jednostką, która ma swoje przyzwyczajenia, słabości, wady. Część z nich może nas nieziemsko irytować i to jest normalne, ale nie zmienia faktu, że one budują jej tożsamość. Papierosy, kawa, samotne spontaniczne wyjazdy, spanie do południa są ze mną od zawsze. Definiują mnie, cieszą i to się nie zmieni bez względu na to, co moi bliscy o tym sądzą. Jeżeli ktoś chce się do mnie zbliżyć, musi zaakceptować mnie w całości, poznać hierarchię moich wartości, a dopiero potem opowiedzieć mi o swojej i poszukać płaszczyzny porozumienia. Odpowiednia komunikacja to nie stawianie sobie żądań. Bo jakim prawem może mnie do czegoś zmuszać osoba, która co prawda wdrapała się w moim życiu na wysoką pozycję, ale nie ma żadnej gwarancji, że na niej pozostanie? Dlaczego mam poświęcać dla "widzimisię" partnera coś, co jest dla mnie ważne? Papierosy są tu oczywiście tylko przykładem, o tyle fajnym, że obiektywnie są złe. Bo każdy z nas może sobie nawet szkodzić, jeśli ma na to ochotę i przestać w momencie, gdy sam poczuje taką potrzebę (albo nie przestawać). Warunkiem jest tylko to, by nie szkodzić innym (czyt. nie narażać na bierne palenie swojego partnera, tylko wyjść sobie kulturalnie na korytarz). Nie namawiam, by nigdy nie chodzić na kompromisy, bo wiadomo, że jest to konieczne. Ale najpierw sprawdźmy, w których kwestiach ten kompromis jest możliwy i jeśli żądamy od swojej połówki, by się zmieniła, to wytłumaczmy jej dlaczego. Ciągłe krytykowanie może tylko obudzić w niej przekorę (potwierdzone info - nigdy nie paliłam aż tyle, co podczas związku z Drugim Panem!)
Niektórzy mówią mi, że obsesyjnie cenię sobie niezależność i że to złe. Być może, ale nie lubię, jeśli ktoś układa w moim życiu swoje zabawki, spychając z półek te, które wcześniej tam stały. To, że z kimś jestem, nie czyni ze mnie automatycznie stuprocentowej projekcji jego pragnień. Jeśli wady partnera przeszkadzają aż tak bardzo, to raczej należy poszukać innego, bo nie można wymagać od niego poświęcenia przez całe życie. Może w fazie zauroczenia i galopujących motyli w żołądku patrzymy na to inaczej. "Nie chce, żebym paliła? Doooobrze, i tak miałam rzucić. Nie chce, bym wychodziła bez niego wieczorami? Żaden problem, w końcu uwielbiam spędzać czas tylko z nim. Wkurza się, bo mam facetów za przyjaciół? Ok, ograniczę spotkania z nimi, pewnie zrozumieją. Nie lubi jak samotnie wyjeżdżam na weekend? No trudno, przeboleję, przecież poza tym jest taki kochany i taki super, i ma tyle zalet, że mogę to dla niego zrobić". A potem nagle budzisz się i już nie wiesz kim jesteś, bo zostałeś(aś) ulepiony(a) na obraz i podobieństwo cudzych potrzeb. Zachowujmy kręgosłup! Nie bójmy się od początku pokazywać tego, jacy jesteśmy i określać, czego na pewno nie zmienimy (no chyba, że lubimy być amebami bez charakteru). To jest zdecydowanie bardziej uczciwe, bo zaręczam, że przyjdzie kiedyś taki moment, że będziemy mieć dosyć ustępstw i wybuchniemy, za co spotka nas "szok i niedowierzanie" w oczach naszego faceta/kobiety.
     Uściślijmy więc. Racjonalny kompromis - owszem. Ale rezygnowanie z siebie tylko w imię miłości do partnera to taka trochę przegrana i im wcześniej to zrozumiecie, tym lepiej dla bohaterki X, bohatera Y i przestrzeni Z, którą chcą razem zbudować.

PS. Uwagi te wygłosiła singielka, po czym poszła na papierosa.